Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/23

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Prawdziwy rycerz zawsze bywa rarogiem dla nieprzyjaciela, co na ojczyzny zdrowie lub na honor szlachecki nastaje — spokojnie odcinał się imć pan Fugger.
— Jak tak pójdzie dalej, nie będziemy tu więcej przychodzili! — rozległy się tu i ówdzie głosy biboszów.
— Będę czekał na gości, którzy in praesenti bić się idą z sułtanem Osmanem pod wodzą hetmana Karola Chodkiewicza, a nie choboczą w dzień i w nocy po zamtuzach, przynosząc te mores do mojej winiarni! — odpowiedział kupiec i jął zapalać fajkę, podaną przez hajduka.
— Obrażasz nas, kupiecki gemajnie! — wrzasnął otyły szlachetka.
— Jestem kupcem, lecz herbu starszego, i non dubito, słynniejszego od waszmościowego, bo mojej tarczy z upragnieniem wyglądali królowie w całej Europie, a Ojciec Święty powierzył nam pobieranie i dostarczanie do Romy świętopietrza! — odparł pan Fugger i głowę dumnie podniósł. — Zrozumiałeś waść? A jeżeli nie, to wolna wola i fora ze dwora! Goddam!
Gdy taka szermierka językowa wynikła w winiarni imć pana Fuggera, Haraburda, wyszedłszy na Rynek, mówił do przyjaciół:
— Oj, źle się stało! Wiecie, że ten chłystek i papinkarz Sieniawski — to syn pana Piotra, stryja mojej Wandy?!
— Niechże to czarci wezmą! — wyrwało się Tomaszowi.
— Źle! Wielkie impedimentum z tego wyniknąć może... — dodał Mzura.