Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/229

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


znali tylko dwa słowa po hiszpańsku: „poddaj się“ i „śmierć“.
— Z tem do dużej konfidencji dojść nie można! — pomyślał rycerz. — Te czarne bisurmany charczą jeno i zgrzytają jakby kto ostrzem po szkle drapał!
Jednak, ujrzawszy związanych w kasztelu Kubalę i Ottoboniego, pan Haraburda długo rozmawiał na migi z małym, chudym, lepiej od innych odzianym korsarzem, bo miał go za starszego wśród bandy zbójeckiej; zrozumiał nareszcie Arab i, wycharknąwszy kilka słów do swego pomocnika, zwolnił obydwóch jeńców.
— Tak to jeszcze, mój jegomościu, nigdy nie bywało! — kręcąc głową, mówił po wyjściu z kasztelu Kubala. — Ale jak garście na wolności, a na nogach pęt nie masz, to i — raźniej odrazu. Bo gdy ręką nie zdziałasz, tedy nogą można!
— Tu nie uciekniesz, asan! — ze smutkiem zauważył pan Haraburda.
— Po morzu to nie pobieży człek, mój jegomościu, — powiedział imć Kubala — ale tuszę, że może te basałyki kiedyś do brzegu dopłyną... Gdy będzie ziemia, to człek przemyślny poczuje się w domu i rozważać pocznie...
Nec Hercules contra plures, bracie! — mruknął do niego pan Haraburda.
— Czy to, jegomość, dużo aljantów miał na „Filsandzie“ u barona Palena, gdy z panią naszą po raz pierwszy przybył? — zapytał, wzruszając ramionami, Kubala.
— Prawda... prawda! — odpowiedział rycerz, którego smutek ogarnął na wspomnienie żony.
„Baltika“ po trzech dniach żeglugi rzuciła kotwicę