Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/227

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Poddać się! Poddać się! — wołali po hiszpańsku dzikiemi, gardłowemi głosami.
Jakiś wysoki, włochaty w rozchełstanej, brudnej koszuli korsarz, przyłożył panu Haraburdzie nóż do piersi i ręką do gardła mu sięgnął.
Dawny zabijaka obudził się nagle w rycerzu. W okamgnieniu porwał napastnika za rękę, trzymającą handżar, i wykręcił ją; gdy nóż wypadł na dek, ucapił pan Haraburda włochatego korsarza, podniósł nad głową i, młyńcem zakręciwszy, zamierzał cisnąć go za burtę. W tej chwili usłyszał spokojny, doniosły głos imć Kubali:
Nec Hercules contra plures...
— Ha! — pomyślał rycerz. — Racja! Nic nie wskóram, a pokpić sprawę mogę...
Ostrożnie więc opuścił półprzytomnego od młyńca draba na pokład i, uśmiechając się, poklepał go po ramieniu.
Hałastra, z podziwem patrząca na osiłka, wrzasnęła radośnie i nagle ryknęła śmiechem, widząc towarzysza, który, słaniając się jeszcze, oglądał się dokoła błędnemi oczami.
Korsarze związali nieliczną załogę „Baltiki“ i stanęli przy sterze i żaglach.
Z jednej galeasy rozległa się komenda. Poruszyły się wiosła i, uwiązany do ruf korsarskich okrętów statek gdański popłynął za niemi, powoli sunąc ku wybrzeżom Afryki.
Przed wieczorem zerwała się silna bryza i „Baltika“, kierowana przez maurskich żeglarzy, chyżo biegła na południe.
Pan Haraburda, pozostawiony na wolności, usiłował nawiązać rozmowę z czarnymi korsarzami, lecz ci