Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/215

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Długo naradzał się hetman z panem starostą Weyherem, lecz nic innego obmyśleć dla miłego ich sercu rycerza nie mogli. Wiedzieli bowiem panowie, że długie ręce ma cesarz, którego we wszystkiem słuchał król, a nie zamykali oczu i na to, że ojcowie jezuici umieli do celów swoich dążyć i u Zygmunta, gorliwego katolika, posłuch mieć we wszystkiem.
Z żalem więc pożegnali pana Haraburdę, który do kolan im padł i miłość swoją wodzom świadczył ze szczerością.
Gdy odszedł, pan Koniecpolski spojrzał na pana starostę i z wetchnieniem rzekł:
— Przyszły czasy, że najlepsi z Polszczy uciekać muszą, niby syny wyrodne!
Trzasnął hetman pięścią w stół, a pan Jan Weyher dawno już prychał, bo krew go z wielkiej alteracji zalewać poczęła.