Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/21

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie wiem, z kim mam do czynienia, więc nie wdaję się z waćpanami ani w kompanję ani w waśnie.
Na to odpowiedział Haraburda:
— Śmiało możesz, waćpan, choćbyś był Potockim lub Radziwiłłem, z tym oto szlachcicem w tę lub inną komitywę wejść. Nazywa się on Mzura, a jego przodkowie przyszli z Piastami, rycerstwu — herb a rzece naszej polskiej — nazwę przynieśli. Setny ród!...
Młodzik milczał, a Haraburda ciągnął dalej:
— Obraziłeś nas tą „ciemną gwiazdą“, samozwańcem i Mniszchówną, bo do wszystkiego tego zgoła nie przyznajemy się. Gdybyś nie był żółtodzióbem, zaprosilibyśmy paniczyka na tany, lecz nie chcę ad vim atque arma descendere, albowiem byłyby to jatki. Mzura, wielki osiłek, niczem Staszek Ciołek z Ostrołęki, co miecz skręcał w ręku jak postronek. Przeciąłby waści niby pakułami wypchaną kukłę, a matula, babki i ciotki łzami skrapiałyby tak szpetnie poćwiartowanego kawalera. Musisz więc waść bez zwłoki wleźć pod ławę i odszczekać, coś zełgał o nas. Inaczej — nic z tego i stanie się ci wielka kontuzja... na dereszu. Jednak spes me tenet, że odszczekasz!...
Młodzik zbielał jak płótno, gdy o wschodzie słońca skrzętna prządka skropi je wodą. Wargi chłopakowi drżały i, zdawało się, że wybuchnie płaczem.
Wahał się jednak, borykał się jeszcze ze sobą. Żeby go ostatecznie do decyzji skłonić, Mzura wyciągnął z worka, wiszącego na pasie, duży talar gdański i, podrzuciwszy go parę razy w powietrze, żartem zgiął w palcach a później rozdarł, jakgdyby to był skrawek zmurszałego pergaminu.