Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/209

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


szczono na wodę już dwie duże brygantyny, oprócz drobnych statków wojennych, więc ostrożni byli i na sztych niechętnie się wystawiali.
Postanowili przeto zagończycy do Gdańska powracać, ale, wypatrzywszy na morzu dużą fregatę, od Szczecina płynącą, na jej spotkanie podążyli. Była to „Karlskrona“ — jedna z najsilniejszych galer szwedzkich, która bitwę chętnie przyjęła, widząc dwie znacznie słabsze brygantyny polskie.
Bitwa trwała przez cały dzień i nikt nie wiedział, jaki miał być jej koniec, gdy nagle „Karlskrona“, wielki zatoczywszy łuk, pobiegła ku brzegowi.
Polskie okręty, chociaż mocno przez szwedzkie działa uszkodzone i mając sporo zabitych i rannych na pokładzie, wypuściły się w pogoń.
Wprawny Witt tak się uwijał, że fregata zmuszona była odchylić się od rejdy na Szczecin i, podpędzana pociskami ze „Zjawy Morskiej“, z rozpędem wielkim na rzygawiec wpadła, natychmiast na bakort się kładąc i kilem grzęznąc w ruchomej piaszczystej łasze.
Spuszczono łodzie i do poddających się nieprzyjaciół podpłynięto.
Imć Kubala, łodziami dowodzący, jął przeglądać jeńców. Nagle zatrzymał się przed jakimś zakonnikiem-jezuitą i bacznie wpatrywał się w ciemną twarz, szerokim kapeluszem osłoniętą.
— Na Najświętszą Pannę! — mruknął nareszcie do Muży i Tuska. — Toć to ten aptekarz z Gdańska! Oj, poigram ja z nim teraz!
Zbliżywszy się do przebranego jezuity, zaczął mówić doń po niemiecku:
— Dzień dobry waćpanu, panie Swen!