Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/207

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Długo rozglądali rycerze mapę Bałtyku, naradzali się długo, aż się rozstali dopiero przed wieczorem. Pan Haraburda, rozkaz hetmański do kieszeni schowawszy, niezwłocznie kazał się wieźć do kwatery Wéliczki. Nie znalazł go jednak w domu, więc pachołkowi oddał misternie mosiądzem okuty sepecik z pięknym dzbanem złotym, otoczonym sześciu kubkami i pięciu gąsiorkami ulubionego przez mistrza węgrzyna, poczem ruszył do Gdańska.
Nazajutrz pan Haraburda był już w Pucku i, pokazawszy pismo hetmańskie, długo konferował z panem Weyherem i z czerniawym, chudym, jak szczapa, Wittem.
Dwa dni jeszcze trwały przygotowania na brygantynach, nareszcie przyszedł do pana Haraburdy szyper Muża i rzekł z ponurą wesołością:
— Gotowim dycht! Możem znowu na Gotland biec, jeżeli taka wola!
Poczęstowawszy szypra winem, pan Haraburda kazał mu wracać na „Zjawę Morską“ i czekać.
Pani Wanda już niemal zupełnie do zdrowia powróciła, więc żegnał ją rozkochany rycerz, mówiąc:
— Taką konkluzję mam, że ostatnia to już moja pławba, Wandeńko, bo po tem, cośmy z hetmanem uradzili, komisarze na głowach staną, a mnie z floty wyrugują! Jak mi Bóg miły — wyrugują! No, aleć na ostatku, to — pohulam sobie tak, że ci gemajni, co chętnie do Szwedów teraz idą, — swoim wnukom testamentem zakażą rękę do szwedzkiej sprawy przykładać!
W nocy „Zjawa Morska“ i brygantyna „Panna Wodna“ pod komendą Witta wypłynęły na morze.