Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/200

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Bratem nam jesteś najlepszym! — rzekła z rozczuleniem.
— Słów nie starczy i życia, aby ci się godnie wywdzięczyć! — wołał rycerz.
Imć Kubala jednak czuł się już sowicie wynagrodzonym, bo nosem chlipał i kułakiem łzy, ciurkiem biegnące, ocierał.
— Jabym!... jabym... dla pana mego i pani... naszej... tobym na kawałki... posiekać się dał... Niech z tego miejsca nie zejdę, jeśli prawdy nie mówię!
Lecz imć Wojciech Kubala miał rozum bystry, a wesołość w nim przeważała nad wszystkiem, więc nagle zaśmiał się przez łzy i począł mówić, chichocząc:
— Toż to ja jeszcze panu i pani nic o owej wiedźmie — Rozie Lindstrom nie opowiedziałem!
— Zapomniałem o niej z troski i bojażni o ciebie, Wandeńko! — rzekł pan Haraburda i, chmurząc brwi, dorzucił:
— Dozna ta gadzina jadowita mojej zemsty!
Ale imć Kubala jął śmiać się na głos i przez śmiech, gadał:
— Już abgemacht! Potrzymałem tę kawkę czarną w piwnicy trzy dni bez jadła i picia, a potem pobieżałem do burgrabiego i z sędzią radzieckim, dwoma rajcami i ceklarzami powróciłem. Wyśpiewała wiedźma wszystko i owego aptekarza — Swena wskazała. Wrzucono ją do dolnej wieży katowni i na gardle odpowie przed sądem...
— Musimy złapać tego Swona... — mruknął, zaciskając pięści, pan Haraburda.
— E, mój dobry panie! — westchnął Kubala. — Gdyby on nie zwąchał pisma nosem i nie zwiał, ja-