Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/198

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


karabonu, wypiwszy strzemiennego, rzekł mu na pożegnanie:
— Razem z żoną, gdy wydobrzeje do reszty, do pana hetmana przyjedziemy, za pomoc mu i dostojnemu panu podziękować ab imo pectore, a upominki piękne doręczyć!
Mówiąc to, rycerz ucałował mistrza w ramię i do kieszeni jego obszernej kapoty trzosik z dukatami nieznacznie opuścił.
Wéliczka, uśmiechając się łagodnie, tubalnym głosem odpowiedział:
Si id feceris, magnam habebo gratiam; si non feceris, ignoscam, amice!
— Co zacny, dobry mistrz mówi? — zapytał imć Kubala, przekręcając na bok głowę.
— Powiada, że jeżeli damy mu upominki — wdzięczny będzie, jeżeli nie — wybaczy! — objaśnił rycerz.
— Ho, ho, — mruknął Kubala. — Nie znajdziesz teraz łacno takowych cnotliwych na świecie! „Niech mię jak chcą ludzie piszą, gdy pieniążki w skrzyni dyszą...“ tak to teraz powiadają!
Mistrz Wéliczka zrozumiał rozmowę i, uchwyciwszy młodzika za ucho, rzekł, kalecząc polszczyznę:
— Piniądze, skarby i dobre mienie minie, sława poćciwa, — ta na wieki słynie!
— Oj, to prawda, mój dostojny panie! — zawołał Kubala i ucałował sędziwego lekarza w rękę. — Bo to, mój jegomościu, powiadają też, że „za pieniądze ksiądz się modli, za pieniądze lud się podli“.
— Ten płakał, co piniądze odbieráł! — odpowiedział przysłowiem mistrz i, skinąwszy ręką, kazał stangretowi ruszać.