Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/197

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Najgorsza trucizna, niosąca śmierć i zakazana?! — wykrzyknął rycerz, chwytając się za głowę.
Kubala położył palec na ustach i szepnął:
— To na później! Teraz ratować panią naszą!
Widząc, że pan Haraburda z wielkiej rozpaczy głowę traci, zwrócił się imć Kubala do mistrza z taką mową:
— Dostojny panie, nie gadaj jeno do mnie po łacinie, bo to tak, jakbyś do łysej kobyły mówił. Rycht tak samo! Gadaj mi po polsku, a najprzód słysz: mój pan nie pożałuje dukatów i zacnych upominków, jeżeli Bóg ci dopomoże pani zdrowie przywrócić, a jeżeli nie — to psi zjedzą twoją sławę, dostojny panie!
Jednak uczony to był mąż i serca wielkiego — mistrz Stefan Wéliczka, więc nie zwlekając, do leczenia się zabrał, krew chorej otworzył, muszki gryzące i synapizmy ogniste przykładał, pigułki i mikstury dawał, a mlekiem bez przerwy poił, sam zacnego węgrzyna popijając i fajką z długim cybuchem zapamiętale pykając.
Nie odstępowali od chorej ani na krok mistrz Wéliczka i pan Haraburda.
Nareszcie pewnego wieczora sepecik swój lekarski mistrz zamknął i rzekł z uśmiechem:
Per Aesculapium, filium Apollinis et Coronidae. Ne sim salvus, si aliter dico, ac sentio! Teraz dobro, welmi dobro... Żywa będzie twa pani i zdrawa krala!
Rycerz, nie mogąc powstrzymać wzruszenia, spojrzał w poważne, dobrotliwe oblicze lekarza hetmańskiego i do nóg mu jak długi padł.
Gdy pan Haraburda wsadzał mistrza Wéliczkę do