Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/196

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


żała spokojnie, mając oczy zamknięte i oddychając cicho.
Wieczorem pachołek, nieodstępujący od ochmistrzyni, doniósł Kubali, że Roza pokryjomu pakuje swoje rzeczy.
— Jeżeli tak, — szepnął Kubala — to i ja ciebie spakuję, dobrodziko!
Poszedł do izby ochmistrzyni i rzekł wesołym głosem:
— Pani naszej lżej! Pan prosi o wino!
Poszli razem do piwnicy. Przechodząc koło małej izdebki, gdzie składano różne rupiecie, imć Kubala nagle otworzył drzwi, wepchnął przerażoną Rozę i, zamykając izbę na klucz, rzekł:
— Posiedź tu, wiedźmo, aż cię czarci wezmą!
Tejże nocy przybył lekarz nadworny wielkiego hetmana koronnego, uczony Czech — mistrz Stefan Wéliczka i, aczkolwiek był wiekowy i zdrożony, natychmiast do oglądania chorej pani Haraburdziny przystąpił. Kręcił głową uczony pan, okulary raz po raz przecierał, sapał i głowił się okrutnie, aż pochylił się ku niemu imć Kubala i szepnął:
— Leczono tu naszą panią tą oto driakwią. Może obejrzeć, wasza dostojność, zechce?
Mówiąc to, przebiegły młodzieniec wydobył ze skrytki kubek z płynem i mistrzowi podał. Ten długo wąchał, na smak z ostrożnością próbował, a później, wydobywszy z sepeciku lekarskiego jakieś puzderko, dosypał czegoś do kubka, aż płyn kolor zmienił. Wtedy zawołał zdumionym głosem:
Venenum pessimum, longo tempore datum, mortem afferens atque scilicet ad aliquam curationem interdictum, quod usu rerum doctus dico!