Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/191

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A chodź-no tu, psubracie, — rzekł, ponuro patrząc na niego — a wykładaj-no mi zaraz wszystko, co tu się działo i jak to wy pani naszej nie ustrzegliście od złego, oczajdusze, takie syny!
Długo rozmawiał Kubala z pachołkiem, a jeden raz to go nawet z rozmachem w kark walnął, aż gruchnęło w obszernej sieni. Nareszcie, widocznie, coś zmiarkował, bo, przechyliwszy głowę na bok, zapytał:
— Więc powiadasz, gałganie, że Roza nikogo do pani naszej nie przypuszczała?
— Tak jest, mój ponie, nikogusieńko, jeno dwa razy aptekas psychodzili — bąkał pachołek.
— A jakiż-to aptekarz? Powiadaj? Czy nie taki z pyska wielce czarny? — dopytywał się imć Kubala.
— A no, jakby go jegomość widzieli! — zawołał chłopak.
— Wysoki, chudy, w pałąk zgięty, a oczy, jak u żbika?
— Nicem u tego ybika, mój jegomościu drogi, a wysoki on-ci i psygarbiony wielce! — recytował zdziwiony pachołek.
— A czy tylko dwa razy aptekarz u pani był? — po namyśle zapytał Kubala.
— U pani dwa tyćko razy, bo od frontu sedł i jam mu dzwi otwierał, no, to wiem, ze dwa razy był — mówił pachołek. — Do ochmistsyni on tyćko wiecoru każdego chadzał...
— Poco chadzał?
— Nie wiem, bo pocichu godali do siebie, mój jegomościu! — usprawiedliwiał się drżący ze strachu pacholik.