Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/190

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Bywaj! Bywaj! Bywaj!
Przeżegnał się rycerz i, nie namyślając się, poszedł do szypra, mówiąc do niego:
— Wracamy! Biegnij do Gdańska, a chyżo, na miły Bóg, chyżo!
— Czuj duch! — pomyślał Muża. — Coś się dziać ma!
Zawinął się Kaszub szybko, wyrejdował kotwie, wymknął się za wystające z wody kamienie, wyprowadził brygantynę na ruchawę i pobiegł, ryjąc wart.
W cztery dni dobiegła „Zjawa Morska“ do Gdańska i przy latarni stanęła tak spokojnie, jakgdyby tej stójki nie opuszczała.
Pan Haraburda, do łodzi wskoczywszy, nikomu się nie opowiadając, popłynął do miasta i gnał do domu takim pędem, że przerażony Kubala ledwie za nim nadążał.
Dobiegli nareszcie i rycerz kołatką w drzwi rzeźbione uderzył.
Długo nie otwierano, aż powtórnie dobijać się musiał.
Wystraszony pachołek zgrzytnął zasuwą, klucz w zamku przekręcił i uchylił drzwi.
— Czy pani aby w dobrem zdrowiu? — trwożnym głosem zapytał pan Haraburda.
— Cichajcie, panie, cichajcie, — szeptem odpowiedział chłopak — pani nasa bez pamięci lezy, snać ducha rychło odda... Oj, rety!
Rycerz schwycił się oburącz za głowę i, zatoczywszy się, jak szalony wbiegł do świetlicy.
Imć pan Kubala pozostał w sieni. Usiadł na ławie, bo zdyszany był, nadążając za komendantem, i skinął ręką na pachołka.