Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/187

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Aptekarz zjawił się wkrótce. Był to chudy, ponury człowiek, o twarzy ciemnej i świdrujących oczach, już siwy i pod brzemieniem lat pochylony.
Długo badał chorą, słuchał, co mówiły pani Wanda i Roza Lindstrom, aż kiwnął głową i mruczeć zaczął:
— Wyrozumiałem niezdrowie dostojnej pani i leki skuteczne przyniosę...
Oddalił się, lecz powrócił po godzinie i, wywoławszy ochmistrzynię do sieni, długo szeptał jej do ucha, wciskając do rąk balsamkę grubego szkła z brunatnym płynem.
— Poprzednia driakiew, com dał, swoje zrobiła! Teraz nikt już jej nie uratuje... Musimy skończyć z nią, jeno powoli, aby nie zrozumiano rychło, że jest otruta, jak nam kazał wysłaniec ze Sztokholmu. Dawaj teraz te leki, trzy razy na dzień po dwadzieścia kropel w słodkiem winie i tak — przez trzy tygodnie, a później, znikniesz z domu i, kryj się dobrze, Rozo Lindstrom, a nagrody się spodziewaj sutej!
Pani Wanda po dwóch dniach picia leków aptekarza, poczuła się dobrze. Nic jej nie dolegało. Była zdrowa, wesoła i szczęśliwa. Nadzieja wstąpiła do serca i wszystkim rozpowiadała uradowana niewiasta, że przeczuwa rychły powrót męża.
Trwało to jednak niedługo, bo pewnego dnia pani Wanda zemdlała i już podnieść się z łoża sił nie miała. Przyszło wielkie osłabienie a obojętność na wszystko i martwota ducha ogarnęły chorą.
Widocznie jednak, całą potęgą duszy była chora kobieta przy rycerzu, bo jej tęsknica i trwoga przebyły nieznane, bezkreślne przestworza Bałtyku i opadły na serce męża.