Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/186

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Rozmowa ta jednak nie uspokoiła zatrwożonej kobiety. Wiedziała już, że nowe chmury nad głową jej męża zawisły.
— Zdzierży on... myślała, przyciskając rękę do bijącego serca, które, od pewnego czasu coraz częściej kołatało gwałtownie i, zdawało się, że chwilami pierś rozsadzić chciało.
Odniedawna ten niepokój i ból serca napadały panią Wandę, a wtedy bladła, czuła zimny pot, występujący na ciele, słabła i długie godziny leżała nieruchomo.
Pani Wanda była chora i coraz częściej przychodziły chwile osłabienia i bolesne bicie serca.
Pani stolnikowa lubelska i panna Regina odjechały już do domu, więc pani Haraburdzina pozostała na opiece ochmistrzyni — Rozy Lindstrom, niemłodej, sprawnej i usłużnej kobiety. Nie dopuszczała ona do chorej pani służebnych, aby jej nie niepokoiły, sama krzątała się przy niej, karmiła ją, ubierała i układała do łóżka, na noc dając do wypicia jakąś driakiew cudowną.
Gdy zdrowie pani Haraburdziny pogorszyło się i, zdawało się, że życie już odbiegać od niej zaczyna, ochmistrzyni ostrożnie zapytała:
— Czy dostojna pani wie, że w Gdańsku skutecznie wszelkie boleści usuwa znamienity aptekarz — Niemiec? Może przywołać go, aby pomógł?
Pani Wanda skinęła głową i uśmiechnęła się radośnie, gdyż ucieszyła ją myśl, że wyzdrowieje i spotka oczekiwanego z dnia na dzień rycerza, wesoła i szczęśliwa i chorobą swoją troski i niepokoju mu nie przysporzy.