Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/185

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ściowie — odparła pani Haraburdzina. — A do Inflant, czyż nie ciągną rąk carowie moskiewscy, Szwedzi, ba! — nawet książę pruski?
Komisarze zrozumieli, że z mądrą białogłową mają do czynienia, więc tylko głowami kiwali w milczeniu. Pani Wanda zaś dodała:
— Wojna wiele potrzebuje, miary pewnej nie przyjmuje, waszmościowie, a stara gadka głosi, że „prawa pysk stulają czasu wojny!“ Tak to jest!
— Tymczasem skargi napływają i sprawę wikłają, boć rycerz to hanzejską banderę wywiesza, to — duńską, to — szwedzką, albo zgoła — kaperską, czarną! — zawołał Nielsen.
— Toż mąż mój, waszmościowie, nie broni wam odpisać, że nie znacie takowej polskiej brygantyny! — zauważyła pani Wanda, bystro patrząc na komisarzy.
— Prawda w tem wielka jest — rzekł Nielsen — lecz w Gdańsku nieprzychylni dla Polszczy kupcy bez ogródek „Zjawą Morską“ nazywają ową rozbójniczą brygantynę!
— Łacno gadać, niełacno dokazać! — odpowiedziała pani Wanda. — Na sejmie inkwizycyjnym zdrajca Zebrzydowski naszego miłościwego pana na wroga ojczyzny kreował, a taki Żółkiewski, Koniecpolski, Chodkiewicz, Potoccy i mój rodzic bronili go i oto nam dotąd miłościwy Zygmunt III panuje!...
— Dostojnej pani najmądrzejszy mąż rozumu może pozazdrościć! — zawołali komisarze.
— Nie wiem ja, waszmościowie, czy to rozum, czy nie! — odparła poważnym głosem. — Mówię prawdę, którą w duszy i sercu czuję...