Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/184

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


niepomny, że do białogłowy mówi. — To on tam, ja ci powiadam, uwija się. Zagończyk nasz, mopanku, kły pokazuje, ja ci powiadam, aż na Szwedach skóra cierpnie!...
Pan Jan Weyher w zaufaniu opowiedział pani Wandzie, że komisarze królewscy — panowie Wendt i Nielsen krzywi są atoli na zagończyka.
— Cóż im zawinił Władysław? — pytała pani Wanda. — Wiernie broni Rzeczypospolitej, a tego, co on robi — inny uczynić nie jest w mocy. Łacniej jest cudzą skórę na sztych wydać, niż swojej nadstawić!
— Ha, mądrość przemawia ustami waćpani! — zgodził się pan starosta. — Jeno widzisz: komisarze są cudzoziemskimi wojownikami, gdzie wszystko, a nawet wojna, ex legibus bywa prowadzona. Nie mogą, przeto, komisarze pojąć, że musimy wojować, jak się da, boć to jedna brygantyna contra całej Szwecji powstała. Ale, ut mihi quidem videtur, króla owi panowie przeciwko panu Haraburdzie buntują i, gdyby nie powaga hetmana koronnego, wymogliby oni na najjaśniejszym panu, aby zechciał na naszym rycerzu suam iram effundere.
Zatrwożyła panią Wandę ta wiadomość, więc gdy przybyli do niej w odwiedziny komisarze królewscy, jęła im szeroko o wojnie podjazdowej na Dzikich Polach i w Inflantach rozpowiadać, mowę swoją do wyprawy męża naginając.
— Morze — to insza sprawa, dostojna pani, — rzekł nareszcie pan Wendt — o tę drogę nietylko Polska, lecz i inne narody ubiegają się od wieków!
— O Dzikie Pola też ubiegali się Moskwicini, Siczowi kozacy, Wołosi, ordyńscy Tatarzy i Turcy, waszmo-