Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/155

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


brzegiem. Każ spuścić naszą banderę, a w nocy świetliska wcale nie palić!
— Porwa! — krzyknął szyper i zaczął wydawać rozkazy!
Gdy w oddali przepadły szpile masztów szwedzkich, „Zjawa Morska“ ostrożnie sunęła wślad za nieprzyjacielską brygantyną.
W pobliżu Kołobrzega pan Haraburda ukrył się znowu w małej lecz głębokiej zatoce. Od przodu zasłaniała go niewysoka grzępa, wikliną i wierzbami porośnięta. Za nią była głęboka woda, a dalej o dwa strzały armatnie — na szor wysunięta rewa, gdzie morze się mergało, kędzierzawiąc się małemi falami.
Czeladź urządzała maszkarę. Nacięto prętów i niemi obsadzono całą burtę brygantyny, maszty umajono wierzbami, wystawiono armaty na morze i czekano.
— Nijak inaczej — mówił ponury Muża — że z powrotem brygantyna pójdzie przy brzegu, aby nasi, Hel omijając i wartem dalekim płynąc, jej żagli nie obaczyli! Koło nas przejdą Szwedzi...
— I tu pozostaną, szyprze! — dodał ze śmiechem pan Haraburda.
Czekano długo, aż ujrzano powracającą z wywiadu brygantynę.
Rycerz zacierał ręce. Szwedzi płynęli tuż przy brzegu, kierując się na szor pomiędzy kryjówką „Zjawy Morskiej“ a grzępą. Widać, że komendant szwedzki dobrej myśli był, bo na marsach nie tkwiła straż, a ambrazury armatnie przykryto okiennicami.
— Hę? — mruknął Kubala, stojący przy panu Haraburdzie. — Wygodnie sobie płyną... na dno!