Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


tylko znakomitym wojownikiem, lecz i przesławnym statystą, co nieraz w ważnych sprawach posłował, więc nie skory był do konfuzji i mowy utraty.
Porwał pan Lanckoroński lunetę i na morze ją wyrychtował.
Miraculum, — szepnął — prawdziwe miraculum!
— Co widzisz, kasztelanie, na masztach?... — pytał, ciężko oddychając i jeszcze wzburzonym zmysłom nie wierząc, pan Weyher.
— Widzę... widzę banderę polską z ramieniem i wielką królewską chorągiew... — szeptem odpowiedział pan Lanckoroński.
Zapadło milczenie, aż kasztelan, który pierwszy zimną krew odzyskał, rzekł:
— Może nowy szwedzki figiel? Maszkara podstępna?
— Trzeba się przygotować na wszelaką przygodę i języka zaciągnąć! — zauważył pan starosta.
Wkrótce obaj byli na brzegu.
— Hej, tam, puszkarze, od prawej baterji! Narychtować działa na brygantynę, a czekać sygnału! Ludzie od stoczni, zepchnąć na wodę dwie szalupy sześciopojazdowe!
W kilka minut później łodzie, wiozące panów Weyhera i Lanckorońskiego oraz kilku zbrojnych piechurów łanowych, zbliżyły się do brygantyny.
Z burty był już spuszczony na łańcuchach trep ze schodkami i poręczą ze sznura, a przy burcie stał rozrosły, wysoki, o opalonej na morzu, marsowej twarzy człowiek rycerskiej postawy.
Przybyli panowie aż drgnęli, gdy żeglarz, z powagi do komendanta podobny, zawołał po polsku: