Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


czeniu spoczywacie w grobach wy — okrętnicy Jagiellonów — królów? Dlaczego nie przemówisz grzmotem hakownic, ty — lwie morski — odważny Szarpingu, admirale królewski, coś ponad morzem niósł szkarłatną chorągiew piastowską?
Taką śpiewał Bałtyk sagę smętną i potężną, a z piany wstawały cienie żeglarzy zatoniętych, ich okrętów i łodzi czarne, zmurszałe kadłuby, strzępy proporców masztowych i wielkich bander królewskich...
Lecz były to chybkie, rozwiewne mary, korowody bladych, zapomnianych zjaw, co znikały wraz z tumanami, gdy słonko z głębin wschodniego oceanu nad Bałtykiem stawało...
Sagi tej nie słyszał i cieniów tych nie widział naród polski. Chociaż w pacta conventa żądano od królów elekcyjnych obwarowania armatą wodną pobrzeży Rzeczypospolitej, zapominano o tem doszczętnie i rychło, szablę nad żagiel przekładając.
W owe jednak czasy, gdy na „Dumnej Filsandzie“ stanął na kotwi przed Puckiem pan Władysław Haraburda, inaczej sprawy się miały.
Król Zygmunt III, snać, z odrobiną krwi Jagiellonów wyssał z mlekiem matki pęd do morza. Niech surowy kronikarz, spisując dzieje królewskie, posądzi go o inny pęd — do Szwecji, miast morza, lecz, ponieważ do ziemi Skandynawów nie było innego szlaku, król oczy swe ku armacie wodnej zwrócił i, być może, w tem tylko umowy z narodem dotrzymał, w innem jego myśli odrzuciwszy i prawa podeptawszy.
W sprawie palącej szlaków wodnych i obrony pobrzeży Rzeczypospolitej obok króla stanęli wierni