Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/11

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Usłyszawszy to, rotmistrz trochę się zmieszał, obawiając się przykrych dochodzeń i inkwizycyj, gdyby porąbał szlachetnie urodzonego, a widocznie, możnego młodzika.
Jednak towarzysze lisowczyka natychmiast wszczęli alarm.
— Horb, nie dawaj się! — krzyczeli. — Ten młokos infamiam rzucił na całe wojsko! Nie puszczaj płazem!
Słysząc to, pijany Horb-Kiczyński potoczył dokoła groźnym wzrokiem i, wyciągając brzeszczot, rzekł już spokojnie:
— No, proszę do tańca, jeśli cię tchórz nie obleciał! Miejsca, waszmościowie!
— Chcesz, to będziesz miał! — odpowiedział, jeszcze bardziej blednąc, Haraburda. — Proszę jednak waszmościów poświadczyć, gdy zajdzie potrzeba, że unikałem waśni. Nie chcę przez bylejakiego opoja dostać się na sąd oboźny, bo na huczek, jaki może powstać, suponuję, że zlecą się tu ceklarze miejscy.
— Ja chętnie poświadczę justitiam causae i wymienię nazwisko prawdziwego sprawcy zajścia. Nazywam się Jan Bąk-Lanckoroński, kasztelan tczewski! — z powagą odezwał się dostojny jegomość, głębiej usadawiając się na ławie.
Kilku ze szlachty natychmiast zgłosiło się na świadków.
— Zakasuj, asan, rękawy żupana, bo będziesz machał, jak wiatrak! — rzucił szyderczym głosem Hort-Kiczyński, stając w pozycji i czekając, aż goście oczyszczą plac boju.
— Nie warto, bo niedługie machanie z takim zapaśnikiem, — odparł Haraburda.