Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Mocni ludzie.djvu/96

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rozdymały i węszyły, oczy ogarniały każdy przedmiot, spostrzegały najmniejszy ruch w chaszczach kniei.
Nagle podniósł głowę i jął nasłuchiwać.
Głuche mruczenie i parskanie syczące rozległo się w tajdze. Przystanął. Rozglądał się ostrożnie i czekał.
Tuż za stłoczonymi do kupy brzozami spostrzegł rogacza. Stał i węszył, podnosząc głowę i trwożnie strzygąc łyżkami. Widocznie ujrzał coś ponad ziemią, bo nie zwracał uwagi na człowieka i po chwili jął się zbliżać ku niemu robiąc duże susy.
— E-e, bratku, nie poczynaj ze mną tak poufale! — pomyślał Lis i wymierzywszy starannie strzelił.
Ugodzony śmiertelnie kozioł padł z żałosnym bekiem.
W tej chwili skądś z wysoka, niby kamień, mignęło wrpowietrzu centkowane ciało i, jak gdyby tą samą kulą rażone, spadło na leżącego rogacza. Duży kot o uszach, ozdobionych miotełkami czarnych włosów, wbił pazury i kły w kark kozła.
— Ryś! — mignęła Lisowi myśl i przysiadłszy za krzakiem jął szybko i cicho nabijać karabin. Założywszy świeży kapiszon wyjrzał. Ryś szarpał martwe zwierzę, mruczał i prychał.
Nowy strzał i obok rogacza jął prężyć się i miotać plamisty kot. Ze strzaskanej kulą głowy buchała krew, lecz ryś długo jeszcze drapał pazurami korę brzozy i wyrywał szmaty darniny.
Lis odciął rogaczowi szynkę, wtłoczył do swego worka, a resztę wraz ze sztywnym już ciałem rysia złożył w rozwidlinie konarów pobliskiego drzewa i już śmielej, nie dbając o zachowanie ciszy, szedł na północ. Kilka razy spod jego nóg z łopotem skrzydeł i przeraźliwymi krzykami wyrywały się głuszce, cietrzewie i zuchwałe jarząbki, które natychmiast siadały na wysokiej gałęzi i z ciekawością przyglądały się człowiekowi.