Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Mocni ludzie.djvu/57

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


To mówiąc wyraziście spojrzał na Lisa i wyszedł, nie skinąwszy mu nawet głową. Gruber długo potrząsał ręką pani Lisowej i znowu obiecywał jej dostarczenie paki z lekarstwami i materiałem opatrunkowym, a więc z szarpią, płóciennymi bandażami, proszkiem węglowym, „piekielnym“ kamieniem i wszystkim, co posiadał na składzie w Tomsku.
Ledwie się drzwi za gośćmi zamknęły, pani Julianna rzuciła się do męża.
— Władeczku! Cóż teraz będzie? — szeptała. — Przecież on gotów zgnębić ciebie, ten ohydny gbur Safianow? Ma takie złe oczy... Boję się o ciebie!
— Z pewnością, że już obmyśla dla mnie jakąś przykrą niespodziankę... Jest to wróg niebezpieczny, mający tysiące sposobów szkodzenia nam. Nie mogę liczyć na szlachetność z jego strony, nawet jeśli się przekona, że nic o nim z baronem Tollem nie mówiłem. Na takiego wroga należy samemu niezwłocznie napaść, uprzedzić jego atak, obezwładnić lub zgnieść do reszty. To też zamierzam dziś jeszcze uczynić.
Zamknął drzwi szczelnie, wyjrzał przez okno, aby się przekonać, że nikt ich nie podsłuchuje i jął objaśniać żonie swój plan. Pani Julianna słuchała uważnie, a gdy mąż umilkł, namyślała się długo, aż wreszcie rzekła:
— Inaczej chyba nie można postąpić! Dobrze to sobie ułożyłeś! Reszta będzie zależała od rewizora...
— Wygląda na człowieka oświeconego i uczciwego — odparł Lis i nagle wstał i podszedł ku drzwiom szepcąc:
— Pyraga wraca! Ciekaw jestem, co przynosi z sobą i co z tego można będzie zrobić?!
Wójt wszedł i zdyszanym głosem zawołał:
— Obiegłem wszystkich naszych, objaśniłem, nauczyłem ich, jak kazałeś i zabrałem do ostatniego skrawka papiery, które znalazłem po chatach i czumach.
— Dobrze! — rzekł Lis. — Moja żona da ci kubek her-