Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Mocni ludzie.djvu/170

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Doktorze... doktorze! — mówił Lis. — Niech się pan uspokoi! Uratowałem pana nie tylko ja, lecz i ten oto człowiek... mój przyjaciel... Roman.
Doktór Haaze nic już jak gdyby nie słuchał. Łkał głośno, a ramiona jego podnosiły się i opadały gwałtownie.
Późno wieczorem Lis i Roman doprowadzili uratowanego uczonego do boru. Katorżnik zniknął natychmiast w jego gąszczu. Pan Władysław sam już dopomagał Haazemu dojść do domu.
Wszyscy otoczyli przybyłych.
Doktór Haaze ze wzruszeniem i podnieceniem opowiadał zebranym o swej przygodzie, a gdy skończył, spytał mrużąc niewidzące oczy:
— A gdzie jest pan Roman?
Zesłaniec zawahał się przez chwilę, lecz w końcu odparł śmiało i wesoło:
— Poszedł obmyć się, co też radzę uczynić panu doktorowi!
— A czy ten pan Roman powróci? — dopytywał się Niemiec.
— Na razie, nie! — odpowiedział Lis. — Poszedł do domu.
Przysłuchująca się tej rozmowie pani Julianna struchlała.
Tymczasem wzruszony doktór schwycił Lisa za ręce i powtarzał:
— Mój zbawca!... Mój zbawca!...
Do zesłańca zbliżył się komisarz policji i klepiąc go po ramieniu oznajmił:.
— Zuch z ciebie, Lisie! Złożę o twoim czynie raport panu gubernatorowi!
Pan Władysław już usta otworzył, aby coś odpowiedzieć urzędnikowi, gdy do zdumionego komisarza policji podszedł profesor Baer i surowym głosem zawołał:
— Panie komisarzu! Cóż to za poufałość, czy może objaw brutalności? Jakim prawem zwraca się pan tym tonem