Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Mocni ludzie.djvu/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Cicho trąciwszy go nosem w nogę, zawrócił i oglądając się co chwila, prowadził za sobą.
Chwilami przystawał, a wtedy sierść jeszcze bardziej podnosiła mu się na grzbiecie, a lekki dreszczyk kurczył mu pysk.
Lis nie domyślał się, co odnalazł Urr w kniei, lecz mignęła mu myśl, że spotka się z dużym i niebezpiecznym zwierzem. Mógł to być jedynie niedźwiedź.
Obejrzał więc raz jeszcze karabin, namacał rękojeść siekiery, zatkniętej za pasem, i sprawdził, czy nóż łatwo się wysuwa z pochwy.
Urr tymczasem doprowadził go do obalonego drzewa.
Snadź wicher lub piorun strąciły je na ziemie, bo leżało z wyrwanymi z ziemi korzeniami, pod którymi pozostał głęboki dół, przywalony suchymi gałęziami i przysypany śniegiem.
— Barłóg! — domyślił się Lis. — Zimowe leże niedźwiedzia...
Postąpił kilka kroków naprzód i obejrzał legowisko.
Natychmiast dostrzegł wąską smugę pary, wychodzącej spomiędzy gałęzi.
— Barłóg! — powtórzył łowiec i uśmiechnął się radośnie.
Zdobędzie skórę niedźwiedzia — dobry kobierzec dla żony — i zrobi zapas cudownego tłuszczu leczniczego.
Wotkuł dawał mu rady, jak należy polować na różne zwierzęta, jak się posługiwać psem, jak zastawiać potrzaski i „słopcy“ na wydry, lisy i kuny, jak otaczać siecią gniazda soboli, jak zawieszać lub rozkładać sidła na gronostaje, łasice i zające, lecz nigdy nic nie mówił o spotkaniu z niedźwiedziem — „czałdonem“, „leśnym człowiekiem“, jak nazywają władcę syberyjskiej kniei Samojedzi, Ostiacy i inni tuziemcy różnych szczepów.