Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Mocni ludzie.djvu/123

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Pani Julianna nic nie mówiąc z lekka zmrużyła wesołe oczy, w których się zapalały figlarne płomyki.
Znała, widać, dobrze zalecane przez ówczesnych lekarzy i znachorów ziółka przeciw pijaństwu, bo Samojedzi jeden po drugim zaczęli wkrótce wychodzić z izby i już nie powracali. Lis zajrzawszy na dziedziniec zdumiał się. Goście jego leżeli na śniegu w przeróżnych pozach, dowodzących, że sen zmorzył ich raptownie i wszechwładnie.
— Zamarzną te pijaki, albo, co gorsza, wilki ich zwęszą i urządzą im stypę! — pomyślał i powrócił do żony, aby zapytać, co ma robić z gośćmi.
— Niech pozostaną na dworze! — odparła z cichym śmiechem. — Nic im nie będzie! Trzeba im tylko okryć ręce i twarze, aby się nie odmroziły. Moje ziółka pozbawią ich chęci do wypitki na tydzień, a jeżeli potrafisz zwabić ich raz jeszcze i uraczyć nową porcją, nigdy już wódki do ust nie wezmą! Stary to przepis, starszy może od tajemnych lubczyków!
— Jeśli tak, to — dobrze! Niech się prześpią pijanice! — zawołał Lis i rozkazał Garsie okryć swoich ziomków, obciągnąwszy im zakasane rękawy i nasunąwszy czapki na sam nos.
Nazajutrz Samojedzi obudzili się późno.
Przyszli z niepewnymi i zmieszanymi minami do gospodarzy i uśmiechając się wstydliwie mruczeli:
— Podpiliśmy wczoraj... hm... hm...! Mocna, dobra była wódka!...
— A może się jeszcze napijecie? — pytała z niewinną minką pani Lisowa.
Koczownicy kłaniali się tylko i wymachiwali rękami przecząco.
Panu Władysławowi udało się raz jeszcze uraczyć leczniczą wódką pani Julianny łasych na wypitkę Samojedów i z radością się dowiedział, że pijaństwo znacznie się zmniej-