Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Mocni ludzie.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


krwi podobne jagody żurawiny, borówek i „kniażeniki“. W takich miejscach Lis spostrzegał zwykle wykopane dołki i liczne ślady. Gdy wreszcie ujrzał zrywające się pardwy, zrozumiał, że to północne, białe kuropatwy wygrzebują dla siebie spod śniegu pożywienie.
Inne, a coraz liczniejsze ślady biegły też poprzez białą płaszczyznę tundry, chociaż wydawała się pustynną i martwą. Nic jednak dojrzeć nie mógł nienawykły do syberyjskich łowów myśliwy.
Wtedy to uczyć go zaczął tej sztuki rudy, kudłaty Urr.
Mijali właśnie zarośla brzozy polarnej, nędznej, karłowatej, płaszczącej się tuż przy ziemi. Pies nagle przystanął, podniósł głowę i najeżył sierść na karku. Małe ostre uszka drgały mu, chrapy rozdymały się i węszyły.
Lis postąpił kilka kroków ku niemu trzymając w pogotowiu strzelbę. Urr natychmiast podczołgał się do swego pana, zapiszczał cieniutko i szarpnął go z lekka za nogę, jak gdyby chcąc zatrzymać na miejscu.
Lis stanął jak wryty.
Piesek porozumiewawczo merdnął ogonem i jął skradać się ku chaszczom. Po chwili podpełznął do nich i położył się na ich skraju. Poruszał zwolna głową na wszystkie strony węsząc i nasłuchując.
Widać, że w mig zrozumiał wszystko, bo bez szmeru powrócił do myśliwego i szarpnąwszy go znowu pobiegł naprzód, oglądając się raz po raz. Lis szedł za nim, z zachwytem patrząc na mądre zwierzę. Piesek doprowadził go do miejsca, gdzie z chaszczy brzeziny wybiegała szeroka ścieżka. Węszył tu długo opuściwszy ogon, aż wreszcie zaskowytał cicho, znowu szarpnął myśliwego, wbijając w niego surowe ślepie, po czym, nie oglądając się, pobiegł na lewo.
Człowiek zrozumiał, że pies pozostawił go tu na czatach, więc postąpiwszy kilka kroków ukrył się za krzakiem i podniósł kurek karabina. Z bijącym sercem wpatrywał się w po-