Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Mocni ludzie.djvu/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Podzielimy pomiędzy sobą herbatę, sól, cukier i żywność, abyście mieli na dalszą drogę...
Zbieg zbladł i krzyknąwszy przeraźliwie padł do nóg Lisa.
— Nie każcie mi odchodzić! — wołał z rozpaczą. — Pozwólcie pozostać przy sobie!
Polakowi oczy błysnęły radośnie. Odparł natychmiast:
— Zostańcie, jeżeli taka jest wasza wola...
Wilk ze wzruszenia nie mógł wydobyć głosu, wiec tylko czepiał się swego dobroczyńcy i całował go po nogach i rękach.
— No, wstańcie już! — rzekł zesłaniec. — Musimy powracać do mego szałasu, Wilku!
— Nazywajcie mnie Romanem... — cichym głosem poprosił katorżnik.
— Niech i tak będzie! — zgodził się pan Władysław. — Pakujmy tedy rzeczy, Romanie.
Podzielili wszystko na dwa tłumoki i ruszyli przez knieje ku polanie, gdzie uriadnik Leszczenko pozostawił na męki samotności polskiego zesłańca.
Przedzierali się długo przez bagnistą tajgę, aż Lis dojrzał na błocie ślady bosych nóg, widziane już przedtem.
— Niebawem już dojdziemy — rzekł cichym głosem.
Istotnie tajga stawała się coraz rzadsza i wkrótce wędrowcy wynurzyli się na polane. Lis spojrzał w stronę szałasu i wydał cichy okrzyk.
Pod ścianą czumu siedziała jakaś ciemna postać, co chwila pochylając się i prostując.
Szli przez cały dzień i teraz w zapadającym mroku nie mogli dojrzeć dokładnie tego, co ktoś majstrował przy szałasie.
— Skądby się tu wziął człowiek? — szeptem zapytał zesłaniec. — Na takim pustkowiu? Z dala od drogi?
Roman nic nie odpowiedział. Przykucnął na ziemi, aby