Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Huragan.djvu/74

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Wystąpił problem z korektą tej strony.


Ibrahim odpiął pas i położył go na ziemi wraz z jataganem i rewolwerem.
Był to znak rozpoczęcia narad i pełnem zaufaniu
— Na proroka! — rzekł najstarszy z posłów szeryfa. — Oby Allah dał ci, sidi, zrozumienie i przychylność serca dla naszych słów!
— Mówcie! odparł młodzieniec i oczy przymrużył, przygotowując się do słuchania. — Serce i rozum mój otwarte są dla głosów waszych, mumeni!
Poseł uczynił przelotny salam i mówić zaczął cicho, przenikliwie:
— Sidi, waleczny sidi, którego sława czynów, jak ciosy gromu Allaha dobiegły do murów Dżeddy, Janbo i echem odezwały się w Mecce potrzykroć świętej i w Medinie błogosławionej na wieki! Wielki Szeryf, pogrążeni w nauce ulema i sam szeich-ul-islam, pomni są wojowniczych czynów szlachetnych Druzów, wśród których znakomity ród Atraszów ma największe znaczenie i wpływy niezwalczone. Szeryf i uczeni starcy wiedzą dobrze, że pochodzicie od najpotężniejszych i najznakomitszych dawnych rycerzy krzyżowych, pozostałych na ziemi Proroka i jego naukę wyznających....
Młody Atrasz uśmiechnął się dumnie i wtrącił:
— No, tak, no, tak! My — Atrasze pochodzimy od walecznego rycerza Henryka de Tras, który poślubił córkę sułtana Saladyna i wiarę Proroka uznał za prawdziwą...
— Jesteście prawowiernymi wyznawcami Ko[...] — mruknął jeden z posłów.