Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Huragan.djvu/143

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Wystąpił problem z korektą tej strony.


— Czasami, kiedy jestem pijany, albo smutny, to znaczy — trzeźwy — odparł, marszcząc czoło.
— A więc zawsze...
— Domyślny z ciebie człek, widzę!... No, ale never mind! Co chciałem rzec? O, yes. Byłem tu podczas wojny... Na krążowniku angielskim, my dear pływałem i waliłem z armat.. Pomagaliśmy desantowi wylądować na brzeg. Później widziałem rannych Arabów, którzy wtedy jeszcze z Turkami trzymali... Pewnego razu jakieś chuchro arabskie nie chciało dopuścić do siebie lekarza. Szczękając zębami z bólu, bo, you know, miał prawą rękę urwaną, mówił tak: „Mord siejecie, a nie pamiętacie że nad tą ziemię od tysiącleci już znęcali się Asyryjczycy, Persowie, Grecy, Rzymianie, Krzyżowcy, Turcy!“
Arab milczał, wpatrując się w czerwoną twarz sąsiada.
— A wiesz, dog, co mu na to zaśpiewał nasz lekarz okrętowy? Powiedział tak: „Niesiemy wam cywilizację!“ Cha-cha-cha! Rozumiesz, kalifie, cy-wi-li-za-cję? Pociski armat 12-calowych, paszcze kulomiotów, bomby — wszystko nabiliśmy „cywilizacją“ i w tych bombonierkach przynieśliśmy ją ba[...]nym[1] „bliźnim“! My dear, to nie żarty! Musicie zrozumieć, co to za sztuka — owa cywilizacja!
Arab nie odzywał się, zamieniony w słuch.

Marynarz długo, wolno pił wino, wytrząsał i znowu nabijał fajkę, a, zapaliwszy ją, mówił dalej:

  1. Przypis własny Wikiźródeł Tekst nieczytelny