Strona:F. Mirandola - Tropy.djvu/25

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    ale nie wychodził. Znaleźli się razem na ulicy.
    — Młodzieńcze — spytał jegomość — jak się nazywasz?
    — Franciszek Szary! — odparł zdumiony.
    — A ja Jan Bylejaki! Tak się teraz nazywam, od kiedy chadzam na ulicę Dziwną...
    — Gdzież ta ulica?
    — Chciałbyś wiedzieć? Co?
    — Chciałbym.
    — A masz dużo do stracenia? Ile?
    — Pieniędzy... pieniędzy... pieniędzy niewiele... — bąkał.
    — Nie pieniędzy! Ale czy masz dużo do stracenia w życiu?
    — W życiu... nic... prawie nic...
    — No to dobrze! Chodźmy...
    Zrobiło mu się jakoś dziwnie. Nie miał zaufania. Wolałby iść sam.
    — Czeka na mnie ktoś...
    — Kobieta?
    — Milczał.
    — Pluń na to, powiadam ci! Pluń! Chodźmy. Ale mówię ci z góry: stamtąd powrotu niema. To wiedz wprzód. Ciałem wrócisz, duszą nigdy! Nigdy!
    Szarym wstrząsnął dreszcz. Ten człowiek nie był pijany. Wyrwał ramię, które tam ten ujął po przyjacielsku.