Przejdź do zawartości

Strona:F. Mirandola - Tropy.djvu/242

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

mówić.. Sądzę, że zechcesz pan przestudyować te oto notatki.
 Wyjął plik papierów.
 — Pobieżnie to, jak pan widzi naszkicowane, ale zawsze daje o rzeczy niejakie pojęcie. Proszę, spojrzyj pan.
 — Wszystko to dobrze — rzekł uspokojony już dyrektor. — Nie pojmuję tylko, poco mi pan to wszystko mówisz? Cóż pan zamierzasz robić w tej roztoce?
 — Co? Ależ oczywiście hotel!
 — Ho... ho... pan?
 — My... my... rozumiesz pan drogi dyrektorze... my! Mam już nazwę. Tak. Nasz hotel będzie się zwał:

„HOTEL CZYSTEGO SERCA“

 Dyrektor otworzył szeroko oczy. Patrzył na swego gościa zrazu, jakby go podejrzywał o niecne jakieś, na nowych apokryfach oparte zamiary, ale po chwili, na widok tej dobrodusznej, pełnej prostoty twarzy, namyślił się inaczej i z lekkiem westchnieniem pochylił się nad rozłożonymi na stole notatkami.

 W tej chwili wszedł lokaj. Niósł na srebrnej tacy zamówiony posiłek. Na widok pracujących z zapałem, zawahał się. Postawił na bocznym stoliczku zastawę i rzekł: