Strona:F. Mirandola - Tropy.djvu/234

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— Dziwię się, że oto stoimy wszyscy w tym salonie, którego fundamenty depcą zbrodniczo świętą skalę, której czoło jeno i usta konającego z mąk wędrówki pielgrzyma, dotykały od wieków.
— Dziwię się, że jesteśmy tu wszyscy tak liczni, a tak niepotrzebni, gdy połowie należy się znajdywać w cyrku, albo w menażeryi.
— Dziwię się, że widzę ot tu tego człowieka, zwanego dyrektorem, gdy powinien on być ciałem w podziemnym lochu więziennym, a duszą na mękach wstydu i wyrzutów sumienia.
— Widziałem u progów miejsca NAJWYŻSZEGO trędowatych i obłąkanych, a byli oni, gdzie ich BÓG postawił... ale zaprawdę... połowę z was moi bracia wwiódł tu szatan po to jeno, byście wrychle spadli w bezdeń sromoty... za to, iżeście się ośmielili profanować nieznane, święte.
— Duszy mi żal człowieka czasów moich, nie świętej góry.
— Czyż może człowiek ubliżyć BOGU?
— Myśl taka, sama śmieszną jest i głupią.
— Duszy mi żal człowieka moich czasów, bo ją kocham!
— Kocham ją i chcę, by wielką była!
— Zwiększcie lot dusz waszych!