Strona:F. Mirandola - Tropy.djvu/202

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została skorygowana.

    — Twój brat?
    — Mój brat, który żyć bezemnie nie może... jak i ja nie mogę... z tęsknoty kiedy go niema koło mnie.
    Rozległo się wołanie od strony chaty:
    — Jasieeek! Jaaasiek!
    — Słyszysz! — powiedziała woda do Jaśka — Mój brat, CHLEB woła cię... idźże, idź...
    Zerwał się żwawo. Oprzytomniał. Przetarł dłonią czoło.
    — A tom się zdrzemnął... — mruknął i poszedł ku chacie nie spojrzawszy już na wartki nurt z szumem płynący.
    Długo nie było nikogo na brzegu. Panowała cisza południowa. Słońce stało w samym niemal zenicie i piekło, słoma zżółkła, szypułki kłosów otwierały się powoli i wyzierały ciekawe główki ziaren. Trawa przygnieciona ciężarem Jaśka powstawała lękliwie, powoli, a konik polny wystraszony ze swego osiedla w zielonej kępce namyślał się czy można wrócić. Odarte z kory, biedne kloce wierzbowe tkwiły w błocie i żaliły się niebu wznosząc w górę biedne udręczone głowy, zaś skryte w głębi ziemi małe strumyczki posłane przez rzekę, ryły się przez pulchną, gorącą glebę, jak krety.
    Woda płynęła wartko. Nie mówiła nic. Cza-