Strona:F. Mirandola - Tropy.djvu/197

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została skorygowana.

    — Na tu, głupi Pamfil! — krzyknąłem.
    Szczeknął, przypadł do ziemi, ale nie przyszedł do nogi.
    Zmyliło go widać jasne, zmoczone moje ubranie niedzielne. Ale po chwili już łasił się po staremu i podskakiwał do kawałków cukru, ocalałych w kieszeniach od spodni. Nosiłem je stale dla psów i koni.
    Jakoś wszystko odrazu z pojawieniem się tego psa nabrało innych barw. Ten „fakt“ uczynił rzeczy otaczające zwyczajnemi, codziennemi... Znikł gdzieś literacki szatan, natomiast pojawił się głód.
    — Psiakość! A tom się musiał spóźnić! Niemam zegarka... prawda, pożyczył go sobie dziś Józek szelma, żeby zaimponować damie swego serca...
    — Musieli wszyscy oddawna wrócić... Wujek będzie znowu po swojemu drwił... Kochany... drogi... o drwij... drwij!... A ona bronić... dobra... moja... brońże, broń mnie...
    O jakże się naraz zrobiło dobrze! To bliskość domu... i ten poseł... Ten żywy fakt...
    Prawda! Jest gazeta! Sam po drodze wziąłem z poczty. Doskonale! A teraz marsz w drogę! Pamfil! na tu!
    Czytałem idąc szybko. Ach, czyż mi trzeba