Strona:F. Mirandola - Sztuka a lud.djvu/9

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


z tej potrzeby drwią i jak silny jest wnętrzny popęd w tym kierunku — to życie, codzienne życie go zabija. Muzea są, to prawda. Ale zamyka się je jeszcze przed wybiciem godziny złożenia dziennej pracy. Teatry są, ale tak drogie, że proletaryusz o nich marzyć nie może, zaś teatry ludowe, o tych lepiej nie mówić. W przysłowie wchodzić poczyna, że to, co „ludowe“, co niby dla ludzi pracujących stworzone, nędzne jest — drugorzędne. Kapitalizm, zagarnąwszy dla siebie wszystko, zostawił ludowi w zakresie piękna chyba jeno katarynkę, pieśń pijacką w knajpie i budę z figurami woskowemi. W kapitalistycznym ustroju niema nic, coby odpowiadało potrzebie piękna ludu roboczego. Wszystko stało się towarem, całe piękno zamieniono na towar drogi, wszystko otaksowano, nałożono na wszystko wysoką cenę, by pozbyć się natrętów i w pokoju, po dniu, spędzonym na wyzyskiwaniu robotników, lub na giełdziarskim szwindlu, delektować się najcudniejszymi wytworami ludzkiej twórczości. To też o ile u dzisiejszego chłopa spotykamy ślady twórczości, proletaryusz miejski rzadko wytwarza dla siebie, z własnego popędu dzieła piękne, instynkt piękna, nie mając warunków, wegetuje gdzieś na dnie duszy, miasto i wieś rozdzielone przepaścią, którą stworzył kapitalizm, nie rozumieją się. Do miasta nie dochodzi piękno przyrody, owej twórczyni sztuki, wieś zaśniona wśród przecudnego krajobrazu nie potrafi tego, co ma, użyć świadomie, jest cmentarzyskiem kultury.