Strona:F. Mirandola - Sztuka a lud.djvu/8

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nikarz w zadymionej redakcyi, zecer wypatrujący oczy nad kasztą, słowem każdy proletaryusz, chyba w marzeniach sennych, chyba w fantazyi odnaleść może wrażenia piękne, miłe, ciche. Życie codzienne, które go otacza, przez które, jakby przez wielkie morze, płynie ciągle – byle dalej, byle do śmierci... to życie nie daje mu ani odrobiny piękna, ani kruszyny uciechy estetycznej, nie dozwala mu ani na moment zetknąć się z naturą, ową wielką mistrzynią, owem źródłem wszelkiego natchnienia.
Są po miastach wspaniałe zbiory obrazów mistrzów całego świata, odbywają się koncerty, na których się produkują gwiazdy Europy całej, są piękne budowle, gmachy publiczne, mieszkają po miastach poeci. Ale dla ludu pracującego tego wszystkiego niema wcale. Lud pracujący, który wytwarza bogactwa, bogactwa, co umożliwiają gromadzenie tych dzieł, wytwarzanie ich, ze sztuką niema najlżejszego kontaktu. Tam, kędy pracuje, nie dochodzą akordy muzyczne, nie patrzą ze ścian piękne obrazy, mury fabryk ponure są zczerniałe i nie zdobią ich greckie kolumny, ani piękne płaskorzeźby. Ów pęd ku pięknu tkwiący tak silnie w naturze człowieka, nie ma soków odżywczych, brak mu wszystkich warunków istnienia, pogoń za zarobkiem, strach o chleb na jutro zabijają potrzebę światła słonecznego, powietrza, powiewu balsamicznego z łąk i pól. Potrzeby otaczania się rzeczami pięknemi być nie może, gdy płace głodowe