Strona:F. Antoni Ossendowski - Przygody Jurka w Afryce.djvu/8

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Podróż morzem byłaby niezmiernie ciekawa, gdyby nie te obrzydliwe fale, co podrzucały statkiem, pochylały go z burty na burtę i zmuszały zanurzać się dziobem do wody, a po chwili wspinać się na pienne grzbiety bałwanów.
Jurek płynął po raz pierwszy.
Za postępy w szkole tatuś zabrał go ze sobą do Afryki na całe wakacje. Ojciec chłopaka, inżynier Bolesław Waniewski, oddawna już pracował na francuskiej kolonji Wybrzeża Kości Słoniowej.
Jako kierownik pewnego amerykańskiego przedsiębiorstwa wybudował tam duży tartak, gdzie obrabiano dostarczane z dżungli kloce mahoniowe.
Na tartaku zamieniano je w deski i forniry, które wywożono do Ameryki.
Pan Waniewski już szósty rok pracował w Afryce, odwiedzając rodzinę raz na trzy lata i spędzając w domu pół roku.
Tym razem inżynier zabrał ze sobą dwunastoletniego synka, chcąc, aby chłopak zobaczył kawał świata, a szczególnie tak interesujący i niezwykły, jakim jest Afryka, — czarny ląd, o którym marzą żądni wiedzy i wrażeń chłopacy.
Nasi podróżnicy wsiedli na statek we francuskim porcie Bordeaux (Bordo) i byli wkrótce na otwartem morzu.