Przejdź do zawartości

Strona:F. Antoni Ossendowski - Przygody Jurka w Afryce.djvu/13

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

 Ogłuszeni straszliwym wrzaskiem uliczek arabskich, Jurek z ojcem powrócili do miasta i wstąpili do cukierni na kawę.
 Naprzeciwko stała świątynia muzułmańska, tak zwany meczet.
 Gdy Jurek wyjrzał przez okno, spostrzegł Araba w białym burnusie, stojącego na szczycie minaretu — wieży, wznoszącej się obok świątyni.
 Po chwili rozległ się jego śpiew — tenorowy, drgający.
 Włóczący się po placu i siedzący w cieniu murów Arabowie wnet poklękali i, chyląc się kornie, dotykali głowami ziemi, lub, zwracając twarz ku wschodowi, wznosili ręce ku niebu.
 — Jest to modlitwa południowa — objaśnił pan Waniewski, — muezzin, który jest pomocnikiem kapłana-mułły, śpiewa modlitwę, wysławiającą Allaha, jedynego Boga i Stwórcę.
 Stojący na minarecie człowiek wysokim, donośnym tenorem wykrzykiwał po arabsku:
 — La Illa Illah Allah u Mahomed Rassul Allah — Allah Akbar!
 — Co to znaczy? — spytał Jurek.

 — Niema Boga ponad Boga Allaha, jak uczy Mahomet — prorok Allaha — Allaha przed-