Strona:F. Antoni Ossendowski - Pięć minut do północy.djvu/205

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Szli powolnym krokiem i wkrótce stanęli nad brzegiem jeziora.
— Dlaczego tu zimniej niż tam? — zapytał Henryk, podnosząc oczy na kapitana.
— Jesteśmy nad brzegiem jeziora — odpowiedział Hans. — Nad wodą zawsze trochę zimniej.
— Opowiedz mi o jeziorze! — cichym głosem poprosił chłopczyk, odrazu przechodząc z kapitanem na ton poufałości.
— Usiądźmy na ławce, bo kapitan się zmęczył! — zaproponowała Manon.
Hans usiadł i, trzymając rączkę zapatrzonego w dal niewidomemi oczami Henryka, zaczął mówić.
— Dawno to było, wtedy, gdy na ziemi nie można było odnaleźć człowieka. Straszne potwory, ogromne i silne, żyjące na niej, walczyły z sobą i pożerały się. Wtedy cały ten kraj pozostawał pod śniegiem i lodem...
— Wiem! — przerwał mu chłopczyk. — Lód — to twarda, zimna woda. Kiedy babcia chorowała, mamusia kładła jej lód na głowę...
— Tak! — zawołał Hans. — Na ziemi było tak zimno, że wszystka woda stwardniała. Nagle zaczęło silnie przygrzewać słońce i lód topniał, strumyki wody biegły do głębokich kotlin i tu się zatrzymały. Tak powstały jeziora... Później zjawiły się ryby w toni, a na brzegach — drzewa, trawa i kwiaty...
— Jeszcze, jeszcze! — szepnął Henryk. — Czy piękne jest jezioro?
— Bardzo piękne! — rzekł Hans. — Woda w niem przezroczysta, jak powietrze, a niebieska, bo niebo w niej się odbija. Z brzegów przeglądają się w wodzie wysokie, zielone drzewa i piękne domy. Płyną po jeziorze białe statki z czerwoną flagą, co ma krzyż pośrodku. Za niemi ciągną się długie wstęgi lotnego dymu... Na małych fałach połyskuje słońce i skrzą się w oddali lodowce na górach...
Henryk nagle cicho zapłakał.
— Co ci jest, synku? — z trwogą zapytała Manon.
— Jakie to piękne... a ja... ja tego nigdy nie zobaczę!... — odparł i na pogodnej zawsze twarzyczce odmalowała się rozpacz.