Strona:F. Antoni Ossendowski - Pięć minut do północy.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Przed Hansem zaczęły kołować zielone i czerwone ognie. Nie wiedząc, co robi, porwał szklankę i cisnął ją w lejtenanta.
Gdy Sturm wypuścił swoją ofiarę, Hans podniósł się i zaczął bić go w twarz raz po raz, czując jak coś gorącego ścieka mu po dłoni i skleja palce. Bił w milczeniu, aż pięść przestała czuć opór.
Wtedy dopiero oprzytomniał trochę i spojrzał. Upadłszy twarzą na stół, leżał pijany, nieprzytomny student teologji, a na białej, zlanej winem serwecie, coraz szerzej rozpływała się krwawa plama.
Hans opuścił głowę i ujrzał przerażone, lecz pełne wdzięczności piwne oczy, zamglone osłoną rzęs.
— Wyjdźmy razem... — rzekł do niej głucho. — Teraz niema innej rady!
Potknął się silnie i zataczając, poszedł za sanitarjuszką.
Podbiegł do niego ordynans i podtrzymał go.
— Chwat z Hansa von Essen! — usłyszał za sobą głos, jak mu się wydało pułkownika Volkmanna. — Odbił dziewczynę i teraz uprowadza ją, jak porwaną Sabinkę...
Gdy wyszli na taras, a zimny powiew wiatru trochę otrzeźwił głowę, Hans usiadł na balustradzie i mruknął do ordynansa.
— Mikel, odprowadź panienkę do szpitala... Ja tu zaczekam na ciebie...
Oparł się plecami o mur i nagle usnął.
Nie słyszał, jak na sali zapanował hałas, zgiełk, odgłosy tłuczonego szkła, krzyki kobiet, tupot nóg, stuk przewracanych mebli... Po chwili zgasły lumpy i mrok zaległ biały pawilon.
Tłumnie, śmiejąc się i wyrzucając sprośne, zgniłe słowa, wybiegli wypędzeni przez oficerów żołnierze i rozproszyli się po parku...
Hans von Essen spał ciężkim snem, lecz obudził go wkrótce powracający ordynans.
Z trudem otworzył oczy lejtenant, a gdy tęgi Mikel wstrząsnął nim kilka razy, oprzytomniał.
— Panie lejtenancie! — krzyczał mu do ucha ordynans. — Słyszy pan lejtenant? Działa!