Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/97

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Obciągnął na sobie koszulę, podszedł do obrazu Matki Boskiej, przeżegnał się pobożnie i ostrożnie powiesił go na ścianie.
— Daj! — doszedł do księdza szept pastuszka. Walek rozciął powrozy, któremi był skrępowany proboszcz, i rzekł z piszczącym chichotem:
— Uciekajta, dobrodzieju, bo nowe Moskale od lasu jadą!
Ksiądz szybko wyszedł z izby, Walek został i usiadł na ziemi przy progu, tuż przy ostatnim zwalonym przez siebie żołnierzu. W prawej ręce trzymał swój tasak z kosy i uśmiechał się, chociaż przez twarz biegł czasami skurcz bólu, a wtedy dotykał strzaskanego ramienia.
Długo siedział Wałek, aż podniósł głowę i zaczął nadsłuchiwać. Na dziedzińcu plebanji rozległ się szczęk podków i kilku bolszewików, zsiadłszy z koni, skierowało się do domu księdza. Ktoś targnął klamką. Walek uskoczył na stronę i zaczaił się jak kot przy drzwiach. Po chwili drzwi z łoskotem wypadły pod uderzeniami kolb i do izby wkroczyli bolszewicy.
— Co to takiego? Naszych pobili? Kto?
— Ja! — zapiszczał Walek i runął na Moskali.
Stojący najbliżej odskoczył ze skrwawioną ręką, wyjąc z bólu, inni otoczyli i schwycili chłopca.