Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/95

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Żołnierz skoczył na równe nogi i jeszcze nieprzytomny i pijany wrzasnął:
— Do broni! Napad! Strzelaj!
Inni zaczęli zrywać się z podłogi i tapczanu. Nagle podoficer krzyknął przeraźliwie i padł nawznak, kopiąc ziemię nogami.
Schylony nad nim Walek podniósł się. W ręce mu coś błysnęło. Rzucił się na następnego żołnierza, i nim ten zdążył podnieść karabin, Walek odchylił się gwałtownie wtył i pchnął go z całej siły. Żołnierz upadł i nie ruszał się. Wtedy trzej pozostali pomknęli do drzwi, lecz Walek dopadł ostatniego i uderzył go z tyłu w szyję. Na ziemi pozostał trzeci Moskal, charcząc głośno.
Pozostali mocowali się z drzwiami, lecz drzwi były zamknięte. Wtedy obrócili się w stronę napastnika, starając się uderzyć go kolbami, lecz Walek jak wąż wywijał się, wyślizgiwał, odsadzał nagłemi szybkiemi ruchami, a kolby z rozmachem grzmociły podłogę, aż szczapy zaczęły z niej lecieć. Jeden z bolszewików, chybiwszy chłopca, niezgrabnie potknął się, a Walek w mgnieniu oka był już przy nim i zdążył dwa razy pchnąć go czemś, co połyskiwało w świetle księżyca.
Żołnierz usiłował wstać, lecz nie mógł, tylko głośno jęczał i oddychał szybko.