Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/94

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

posnęli twardym, pijanym snem, miotając się i wykrzykując ohydne przekleństwa.
Już słońce zaszło za lasem, zmrok zapadł, a po nim przyszła noc. Proboszcz wciąż stał, aż osunął się na ziemię, znużony i zrozpaczony. Widział w ciemności leżący na podłodze obraz Bogarodzicy i zaczął modlić się pocichu.
Ksiądz widocznie zdrzemnął się, gdyż nie słyszał, jak skrzypnęły drzwi i jak wślizgnął się do izby Walek. Dopiero wtedy otworzył oczy, gdy usłyszał głuche uderzenie o podłogę.
Księżyc świecił w okna i proboszcz poznał Walka-pastucha. Ten padł na kolana i pełznął w stronę obrazu, głośno bijąc się w piersi.
Podpełznął i zaczął się modlić, swoim zwyczajem szepcząc głośno:
— Daj, daj, daj!
Ucałował pokornie święty obraz, przeżegnał się i wstał.
Stanowczym krokiem, głośno tupiąc bosemi nogami podszedł do śpiącego w fotelu podoficera bolszewickiego i z jakimś dziwnym, potwornym chichotem uderzył go z rozmachem w twarz, poprawił z drugiej strony i zawył przeciągle:
— Daj, daj daj!