Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/47

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Do Polski... Powstanie Ukraińców... Lwów zagrożony... Starszy brat już w wojsku. Ojciec telegrafuje, że wszyscy muszą bronić ojczyzny... Jadę jutro!
Nazajutrz Henryk Kossowski, żegnany przez profesorów i kolegów, opuszczał piękny ginach Kolegjum Św. Ludwika.
Przed odejściem rozejrzał się uważnie i, spostrzegłszy Maurycego, krzyknął mu:
— Dokończymy później, jeżeli powrócę...
— Dobrze! — odkrzyknął Lefèvre. — Powracaj szczęśliwie, Henri!
Gdy chłopak odjechał, koledzy długo mówili o nim, zazdroszcząc oczekujących go przygód na wojnie i silnych wrażeń.
Profesorowie kiwali głowami i rozprawiali o Polsce, podziwiając zaciętą ofiarność w obronie swej wolności i prawdy.
— To już nie dzielność, moi panowie — odezwał się dyrektor kolegjum, — lecz bohaterstwo, poświęcenie ojczyźnie wszystkiego, co jest najdroższe, nawet dzieci własnych! Wielki to naród i świetna będzie jego przyszłość!
Henryk Kossowski przybył do Polski.
Na granicy spotkał go ojciec.
W kilka dni później chłopak był już w oddziale