Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/234

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

zwierzęta i drapieżne ptactwo. Obok leżały strzępy polskiego niebieskiego płaszcza.
A reszta? Może ci zdołali się uratować?
Byłem szczęśliwszy, czy silniejszy od moich rodaków z tajgi urianchajskiej. Przeciąłem stepy Mongolji z północy na południe i z zachodu na wschód, przebrnąłem szlakiem wielbłądzim Gobi, po drodze spotkałem kilku Polaków, odważnych i dzielnych, lecz nie widzieli oni tych, których znaleźliśmy w przededniu ich ponurego zgonu, tam, w kniei, za śnieżnym Czokurem, co, jak kurhan mogilny, wznosi się ponad puszczą i ciągnącym na północ grzbietem Sajanów...
Przyszli inną drogą męczenników. Tamtych zaś nigdzie nie spotkałem i nie słyszałem nigdy już o nich...
Wichry z Gobi i potoki z Tannu-Ołu rozniosły po Mongolji, tej krainie szatana, kości Polaków.
Niema chyba miejsca, gdzie los surowy nie rozsiałby kości naszych!
Od wielkiego Ałtaju do Oceanu Lodowatego, od granic martwej Gobi do brzegu Pacyfiku leżą one i wołają do swego narodu:
— Podnieś się, bądź potężny i mądry, a wtedy zgaśnie rozpacz ostatnich chwil naszego zgonu męczeńskiego, o narodzie nasz, nad życie ukochany!