Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/233

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Obóz 134 Polaków w tajdze Urianchaju, za Czokurem, pośród śniegów, na kamień stwardniałych na mrozie... 134-ch... a śród nich żołnierze polscy — młodzież nasza, porwana do legjonów słowami wielkiego zapału, miłości do kraju, zrozumieniem przyszłych losów Polski. Kto był z tego obozu ostatni, kto wrzucił do ognia ostatni kawał drzewa, i został martwy, z szeroko rozwartemi, zrozpaczonemi oczyma nie pośród swoich, ale samotny przy zgasłem ognisku, na sczerniałym od popiołu i węgla śniegu?...
Umarli wszyscy, gdyż umrzeć musieli.
A gdzie są ci, co poszli na południe?
Oto na bagnistych brzegach Sejbi znalazłem trzy kamienie z nakreślonym na jednym z nich krzyżem katolickim. Leżały pod brzozą, a na jej korze był wyryty orzeł polski i dwie litery: „K. R.“
Oto w oczeretach i szuwarach jeziora Teri-Nur widziałem polskiego żołnierza. Leżał wciśnięty piersią w ziemię, ubrany w zakrwawiony płaszcz niebieski, ale był bez głowy. O kilka kroków dalej spostrzegłem gołą czaszkę ludzką, i dookoła kilka śladów wilczych.
Dalej za Khua-Kemem, na Kuturdze, widzieliśmy szczątki człowieka, rozszarpanego przez dzikie