Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/227

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kawalerji“ gdy brnąłem brzegiem rzeki, łatwo dostrzegalny dla wrogów, lub gdy byłem zmuszony przemykać się przez nieliczne wsie syberyjskie — spotkałem w lesie zaczajonego w krzakach człowieka. Był to chudy, zwinny, jak gdyby upleciony ze stalowych sznurów, rudy, jak płomień, kozacki oficer Bazyli Marijew.
Odtąd szliśmy już razem. Odsadziwszy się daleko od Krasnojarska, gdzieś około potężnej skały Bateni, prawie przegradzającej bieg Jeniseja, nabyliśmy dla siebie od koczujących Tatarów konie i siodła. Po kilku potyczkach z „czerwonymi“, dotarliśmy nareszcie do rzeki Ałgiak, płynącej w głębokich wąwozach Sajanów. Tu już rozpoczynała się „zagranica“, mianowicie niezależny od Rosji i półzależny od Mongolji i Chin Urianchaj, kraj „wiecznego pokoju“, ziemia prastarych Tubów, którzy w swoim kulcie religijnym święcie przechowują bogów asyryjskich i indyjskich.
Czuliśmy się szczęśliwi, że wydostaliśmy się z granic oszalałej Rosji, odetchnęliśmy całą piersią wchłaniając czyste i „wolne“ powietrze pokojowej ziemi Tubów. Czuliśmy się szczęśliwi... lecz nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, ile niebezpiecznych przygód czekało nas wśród tych gór i lasów, ile krwi cudzej i swojej będziemy zmuszeni przelać, ile