Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/226

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Straszliwe były te dary. Tysiące trupów niósł do Oceanu Jenisej. W Krasnojarsku, Minusińsku i Jenisejsku pijani od krwi i „swobody“ sowieccy kaci mordowali, rozstrzeliwali, wieszali ludzi, odrąbywali im głowy i ręce, wycinali pasy na nogach i czerwone gwiazdy na piersiach, a później wrzucali te umęczone, storturowane ciała do wartkiego nurtu groźnej rzeki.
Wściekły i roznamiętniony promieniami wiosennego słońca Jenisej mknął na północ, kręcąc, w swych wirach, miażdżąc o ostre kamienie i rozbijając o wystające skały ciała męczenników, aż wbiegał całym pędem do Oceanu i tu, u podnóża mrocznej, granitowej wyspy oddawał niezbadanej otchłani morskiej straszliwe i krwawe dary.
Wzdłuż tego gościńca, którym płynęły niezliczone trupy ludzkie, zdążające ku miejscu wiecznego spoczynku, kierowałem się na południe, ku upragnionym górom Sajańskim. Poza niemi odłogiem leżała koczownicza, pokojowa Mongolja, zastygła w formach bytu XIII w. Nie mogłem więc zgubić drogi do tej „ziemi obiecanej“, gdzie jeszcze nie grasował rosyjski komunista, zwyrodniały potomek dawnych koczowników azjatyckich.
Po kilkotygodniowej włóczędze w lasach i górach, tropiony i ścigany przez patrole „czerwonej