Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/225

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.



A BYŁO ICH 134-ech...

Po czterech miesiącach ukrywania się w syberyjskiej „tajdze“, przy 35 stopniach mrozu, ruszyłem z początkiem wiosny na południe. Zacząłem swoją podróż od Krasnojarska, bo w odległości 95 klm. od tego miasta kryłem się przed bolszewikami, samotny w dziewiczej puszczy, mając za towarzysza dobry karabin, tego wiernego obrońcę, opiekuna i karmiciela.
Nie obawiałem się, że zbłądzę w bezbrzeżnym oceanie lasów, chociaż miałem do przejścia około tysiąca kilometrów z miotającej się w agonji sowieckiej Syberji do granicy Mongolji. Nie obawiałem się dlatego, że pośród lasów i skał szła przepiękna, malownicza, ciemno-szmaragdowa, pełna wirów i białej piany droga. Był to „ojciec“ Jenisej, jedna z największych i najpiękniejszych rzek syberyjskich, biorący początek gdzieś w sercu Azji, w dzikich górach Ułan-Tajga, a wpadający swem ujściem w tajemnicze, jak śmierć, zimne objęcia Oceanu Lodowatego. Tam to, u stóp granitów Diksona, składała rzeka obfite dary.